piątek, 1 stycznia 2016

chapter one

2 komentarze:
DESTRUCTION
---------------------------------------------------------------------

Zamyślona wpatrywała się w złote słońce, które powoli chowało się za horyzontem. Uśmiechała się delikatnie, kierując twarz ku wielkiej gwieździe, by nacieszyć się jej ciepłem. W jej żyłach powoli zaczynała krążyć adrenalina, jednak już nie w takich ilościach jak niegdyś. Można by było powiedzieć, że strach i niepokój, jaki od towarzyszy osobom wykonującym różne, niezbyt bezpieczne zadania, już całkowicie wyparował jej z głowy. Pojawiła się za to rutyna. Obowiązek. Codzienność. Wykonywanie tej samej czynności w taki sam sposób, jak wciąganie tlenu do płuc. Niezauważalnie. Bezszelestnie. Z przyzwyczajenia. Z potrzeby ŻYCIA.
Jak każdy przeciętny człowiek każdego ranka spożywał śniadanie, tak ona co tydzień wybierała się na tak zwaną ”misję”. Zadanie, które wykonywała było niezmienne. Okradała ludzi. Zarówno tych biednych, jak i tych biedniejszych.
Ale czemu? Czemu ludzi, którzy zostali pokrzywdzeni przez los? Tych którzy nie mają co włożyć do garnka? Tych którzy nie mają domu?
Dziewczyna nigdy nie chciała być "tą złą". Tą, która innym zabiera. Niestety los pisał swój własny scenariusz, kompletnie odbiegający od planów młodej dziewczyny, zmuszając ją tym samym do niecnych uczynków… Ale czemu nie mogła okradać tych bogatych? Ludzi posiadających pieniędzy w brud? Ludzi, którzy mogliby podcierać się dolarówkami? Odpowiedź była prosta: w tych czasach nikt nie będzie bawił się w Robin Hood’a i problem nie tkwił wcale w braku pieniędzy na zakupienie zielonych rajstop. Każdy martwił się o siebie i ewentualnie o swoją rodzinę, która może jeszcze była w komplecie. W tych czasach nic nie było pewne. Dzieci każdego dnia zostawały osierocone, a rodziny, w których był ojciec i matka dziękowały Bogu, za każdy wspólnie spędzony dzień, i każdego wieczoru modliły się o kolejny. Chociaż niewielu ludzi wierzyło nadal w Pana, pod jakimkolwiek bóstwem ukrytym. Muzułmanie, Chrześcijanie, Protestanci… Większość już dawno straciła nadzieję na lepsze jutro. Mężczyźni w sterylnie białych kombinezonach z czarnymi karabinami w dłoniach, nożami za pasem i pałkami wiszącymi przy udzie, mogli pojawić się w każdej chwili. Każdego dnia. O każdej porze. Wczoraj to ty patrzyłeś jak zabierali twojego sąsiada, człowieka po czterdziestce, męża i ojca czwórki dzieci, ale jutro to możesz być TY.
Drobna blondynka potrząsnęła głową próbując wyrzucić z głowy wszystkie myśli związane z rodzinami bez ojców czy matek, które były lub miały stać się jej ofiarami. Jej ciało posiadało serce w zarówno w kontekście fizycznym jak i tym duchowym, dlatego kradnąc potrzebne jej rzeczy zawsze pozostawiała po sobie ślad w postaci podarunku. Głupie, chociaż nie do końca. Ona postrzegała to bardziej jako wymianę tylko bez wiedzy jednej ze stron… Cóż, w każdym razie robiła co w jej mocy żeby nie wyglądało to na słownikową kradzież.
Jej bystre oczy dokładnie przeczesywały teren, a wysoki pagórek, na którym się znajdowała znacznie ułatwiał jej sprawę. Schowana pomiędzy grubymi konarami drzew, na niemałej wysokości była niedostrzegalna dla ludzkiej pary oczu. Idealny punkt obserwacyjny umożliwiał jej dokładne zapoznanie się z terenem, pułapkami i innymi różnymi niebezpieczeństwami na przykład w postaci straży.  Kto by pomyślał. Straż na takim zadupiu? W obozie rebeliantów i buntowników? A jednak. Nie była sama. Rząd co prawda miał swoje wtyki jednak nie wiedział, że na zachodzie, wschodzie, północy i południu powstają ogromne kolonie zbierające swoje siły na odpowiedni moment do ataku. Jednak ten czas nie zbliżał się w szybkim tempie. Mimo zwiększających się szeregów szkolonych do walki ludzi, mieli zbyt mało sił by pokonać Czyścicieli i armie Alpatrasu. Dziewczyna na pewno orientowała się lepiej w temacie niż władze tego kraju, ale nie była w nich dokładnie obeznana. Sama była rebeliantką, jednak nikt nie wiedział o jej istnieniu. Żyła na uboczu, nie całą milę drogi od dobrze ukrytej bazy znajdującej się pod starym miasteczkiem stanowiącym jedynie jego atrapę. Nigdy w niej nie była, jednak od czasu do czasu podsłuchując mieszkańców dowiedziała się, że podczas nalotów czyścicieli wszyscy schodzą na dół gdzie zrobione są zapasy jedzenia, a na każdego czeka miejsce do spania.
Czasami obserwowała innych ludzi. Lubiła to. Wyobrażała sobie, że nie jest sama, a w jej życiu dzieją się inne rzeczy niż wstawanie, zbieranie zapasów, suszenie ziół, jedzenie, wykonywanie podrzędnych obowiązków i co tygodniowych napadów…
Słońce, które nie było już widoczne, ustąpiło nocy powoli wkradającej się w łaski dnia. Nadeszła pora. Odwróciła się w przeciwnym kierunku, tym samym tracąc kontakt wzrokowy z wcześniej obserwowanym obszarem, ale wciąż nie przestawała być czujna. Szybkim krokiem podeszła w stronę Rogera. Nastawił uszu, rejestrując wszelkie dźwięki. Jego ciemne, nieprzeciętne umaszczenie działało jak morowy mundur żołnierza, pozwalając na przystosowanie się do najróżniejszych warunków. Był jej jedynym kompanem w misjach jak i w życiu. Roger nie brał udziału w bezpośrednim przechwytywaniu potrzebnych dziewczynie do życia towarów, ani nie chodził za nią krok w krok udając Ninje. Był po prostu niezwykle inteligentnym koniem, który podczas wypadów chował się "w cieniu" by w razie potrzeby wyruszyć jej na pomoc. Spoczął na zielonej trawie, a jego miodowe, inteligentne oczy dokładnie obserwowały rozciągający się przed nim obszar. Ostatni raz spojrzała na niego uśmiechając się i ruszyła przed siebie. Schodząc powoli w dół skarpy ostrożnie rozglądała się po otaczającym ją terenie, a wzrok ostatecznie skupił się na jej celu. Mały domek stał na uboczu. Aż dziwne, że nie zainteresowała się nim wcześniej. W szybkim tempie pokonała odległość jaką ją od niego dzieliła. 
Im wcześniej zacznie tym szybciej skończy. Nie zamierzała przedłużać tej czynności w żaden możliwy sposób. Jej nogi zaczęły zwalniać, a zmysły wyostrzać. Do drzwi nawet nie podchodziła, zakradła się od tylnej strony skromnej posiadłości gdzie w ścianę wmurowano parę okien. Nieuważnie wskoczyła na parapet, który pod ciężarem jej ciała huknął w dół robiąc przy tym ogromny hałas. Połamany plastik leżał teraz pod jej stopami uginając się pod jej marnymi 50 kilogramami tym samym wywołując nieprzyjemne dla uszu skrzeczenia.
-Pieprzone chińskie badziewie!- syknęła szeptem, marszcząc przy tym brwi. Nie zwracała uwagi na znaczenie tych słów. Pewnie dlatego, że w ogóle go nie znała. Krótkie zdanie utkwiło w jej umyśle lecz kompletnie nie wiedziała skąd się ono wzięło.
Psy z sąsiedztwa ujadały głośno robiąc przy tym ogromne zamieszanie. Skupienie na sobie uwagi było czymś, czego teraz najmniej potrzebowała. W zasadzie w ogóle tego nie potrzebowała. Odczekała krótki moment dla własnego bezpieczeństwa. Brak zainteresowania ze strony właściciela mogło jedynie symbolizować jego nieobecność. W tej sytuacji miała dwa wyjścia: bezpiecznie uciec albo spiąć dupę i szybko wsiąść się do roboty, zanim zorientuj się sąsiedzi. Nie zamierzała się poddawać. Wspięła się ponownie i stojąc na resztkach pokruszonego parapetu, wsunęła rękę przez uchylone okno. Jej chuda dłoń wymacała cienką klamkę okna znajdującego się paręnaście centymetrów po jej prawej stronie. Stary mechanizm zaskrzypiał, kiedy zardzewiałe zawiasy odłączyły się od okna, które lekko się uchyliło. Blondynka wciąż nie tracąc nadziei, zeskoczyła na ziemię już kompletnie nie przejmując się hałasem, jaki wywoływała. Teraz liczył się tylko czas. Wskoczyła przez okno do niewielkiego pomieszczenia tym samym określając już plan ucieczki. Szare, otynkowane ściany ktoś próbował pokryć pomarańczową farbą, która dodawały ciepła i uroku temu miejscu, jednak nie po to tu przyszła by je podziwiać. Zdejmując z pleców niewielka torbę, która miała pomóc jej w zabieranie rzeczy ruszyła w stronę drewnianych drzwi. Zatrzymała ją cicha melodia dobiegająca zza jej pleców. Odwróciła się napięcie uginając nogi jakby gotowa do ataku. Jednak nic takiego nie nastąpiło. W rogu pokoju stała mała kołyska, a nad nią kręciły się pojedyncze pluszaki. Cienkim sznureczkami przywiązane do krótkich patyczków, kręciły się powoli w różnych kierunkach. Melodia kojąca jej uszy nadal wypełniała pomieszczenie. Działała na nią jak miód. Uspakajała ją, ale budziła w niej sprzeczne emocje. Coś na wzór całkowitego bezpieczeństwa i niepokoju. Nawet nie zauważyła, kiedy zbliżyła się do miejsca, skąd wydobywała się hipnotyzującą melodia.
-...Anioły i demony...Przy ogniu... bez celu- wypowiadała cicho bezsensowne słowa, jakby próbując sklecić z nich zdanie-...Podzielona dusza... ciało...Wojna będzie trwać- tym razem zanuciła głośniej w plątając słowa w melodię.
Radosny chichot wybudził ja z transu. Schyliła głowę by sprawdzić zawartość drewnianej kołyski, nad którą wisiały cztery maskotki. Malutkie paluszki chwyciły za jej jasne włosy ciągnąć je delikatnie. Nagła panika i strach w oczach dziewczyny zniknęły z chwilą, gdy druga rączka czarnowłosego dzieciątka wylądowała na jej policzku. Mrugała energicznie powiekami, kiedy obraz zachodził jej mgłą. Ściany zrobiły się lekko fioletowe, a wiszącą pozytywka z drewnianej przeistoczyła się w plastikową. Zaniepokojona spojrzała w stronę dziecka. Ono też się zmieniło. Ciemne włoski rozjaśniły się, a jej już nie obserwowało miodowe zaciekawione spojrzenie lecz rozbawione błękitne. Oczy koloru nieba ukrywał w sobie radość, na który dowodem był śmiech obijający się o jej uszy. Mimowolny uśmiech wkradł się na jej twarz. Ubrana w różowe body, szarpała pojedyncze kosmyki długich włosów, a uśmiech nie schodził jej z twarzy. Nagle ciemne plamy zasłaniające widok na świat, mnożyły się co raz bardziej przytłaczając otumanioną dziewczynę. Szary pokój ponownie sprowadził ją do realnego świata. Głuchy płacz, na który wcześniej kompletnie nie zwracała uwagi odbijały się gdzieś w jej głowie. Dopiero silne szarpniecie kosmyka jej włosów spowodowało całkowitej powrót z jawy. Ciemnowłosa dziewczynka płakał cichutko podkurczając nóżki. Młoda kobieta sięgnęła szybko do torby, którą wciąż trzymała w lewej ręce. Dobrze, że wcześniej znalazła chwilę czasu by pozbierać trochę ziela do zapasów. Kiedy odnalazła odpowiedni pęczek rośliny, połamała jego łodyżkę i sokiem które wylały się na jej dłonie rozmasowała napięty brzuszek dziecka. Przetartą bluzeczkę podwinęła tak by nie przeszkadzała jej w wykonywaniu czynności. Specyficzny zapach zaczął wypełniać powietrze. Był ładny, lekko miodowy, i nie tylko działał leczniczo, ale chyba także uspokajająco, bo po krótkim czasie pokój wypełnił odgłos miarowego oddechu maluszka. Wytarła tłuste ręce o podarte spodnie. Decyzja podjęła od razu. Musiała zwijać się stad jak najszybciej. Cudem było to, że jeszcze nikt jej nie przyłapał. Momentalnie spięła wszystkie mięśnie i kiedy podniosła plecak by oknem wymsknąć się na wolność spostrzegła uchylone drzwi. Zamarła. Wzmocniła swój uściska na ramiączku torby i nie tracąc kontaktu wzrokowego z intruzem. Cofnęła się o krok, aby zbliżyć się do okna. Ciemne tęczówki wpatrywały się w nią intensywnie, a ona poczuła, że to nie chłopak był tu intruzem lecz ona. Poczuła wstręt do samej siebie za wszystkie kradzieże, których się dopuściła. Czerwone rumieńce wypłynęły na jej policzki jednak nie były one efektem wstydu, zażenowania czy też tego, że przyglądał się jej bardzo przystojny chłopak. Jej krew gotowała się za złości na samą siebie. Kompletna nieuwaga i brak rozsądku był czymś co pierwszy raz wymsknęło się jej z pod kontroli aż w takim stopniu. Nie mogła uwierzyć w to, że została przyłapana! Jej myśli wirowały jak ciuchy w bębnie obrotowym pralki. Nie wiedziała co miała zrobić. Pierwszy raz miała do czynienia z taką sytuacją, a fakt, że nigdy nie myślała co powinna zrobić gdyby coś takiego jednak miało miejsce potwierdził jej całkowitą bezradność. Jednak chyba po to miała swojego kompana- Rogera. Działała impulsywnie. Odwróciła się szybko jednocześnie zarzucając torbę na plecy i wyskoczyła przez okno. O jej uszy obijały się głuche krzyki jednak ona nie zwracała na nie uwagi. Nie starła się nawet ich zrozumieć. Kompletnie zablokowała dostęp do swojej głowy. Teraz powinna skupić się na ucieczce. Posiadacz krótkich czarnych włosów pewnie biegł za nią. Obserwowała go kiedy szybko opuszczała pokój. Był na to przygotowany, lecz jakby zamyślony nie przewidział, że stanie się to tak szybko. Spiął swoją kwadratową szczękę kiedy ruszyła by wydostać się z pomieszczenia, lecz zareagował za późno dzięki czemu jej udało się umknąć. Teraz musiała sprężać ruchy.
Przebiegając przez mały ogródek zagwizdała głośno, modląc się w dychu, aby Roger zjawił się jak najszybciej. Dobiegając do dwu metrowej, metalowej siatki, która zapewne miała służyć jako ogrodzenie zaczęła się po niej wspinać. Kątem oka ujrzała wysoką postać biegnącą w jej stronę. Przestraszona przyspieszyła tępa. Nie wyszło jej to na dobre. Odstający drut rozpruł jej spodnie jednocześnie wbijając się w jej łydkę. Jęknęła cicho, ale jej oczy nie uroniły ani jednej łzy. Czuła ciepłą ciecz spływającą po jej nodze kiedy przeskakiwała na druga stronę ogrodzenia. Upadła raniąc się przy tym dodatkowo. Ugięła nogi próbując wstać i wtedy nie miły dla uszu dźwięk zwrócił jej uwagę. Skrzypienie jakby widelcem o talerz spowodowały dawno nie oliwiona zawiasy bramki przez, którą własnie przeszedł chłopaka. Nie mogła uwierzyć we własną głupotę. Jak mogła nie zauważyć furtki!? Do kurwy nędzy no jak!? Tętent kopyt uświadomił ją o zbliżającym się przyjacielu i pomocy, jednak jej przeciwnik kompletnie nie zwrócił na to uwagi. Biegła przed siebie mając przewagę za ledwie 10 metrów. Traciła na siłach, a chłopak w szybkim tempie zaczął ją doganiać. Masywny rumak wypełnił przestrzeń pomiędzy nimi tak by oddzielić ich od siebie, aby dziewczyna miał chociaż kilka sekund przewagi. Dziewczyna nie traciła czasu. Mimo okropnego bólu wskoczyła na jego grzbiet podczas gdy Roger zaczął już ruszać by jak najszybciej uciec z tamtego miejsca.

---------------------------------- Od Autorek ----------------------------------
Herbsss:
Jeju, podczas wakacji kiedy wraz z Mel założyłam bloga nie wiedziałam, że 3 klasa gimnazjum to aż taka tragedia. Hahah Dodatkowy fakt, że jest to klasa dwujęzyczna rozszerzona powoduje, że mam ochotę skoczyć z mostu (oczywiście w przenośni xd).  Bardzo Was przepraszam, że rozdział nie pojawił się wcześniej, ale było to spowodowane natłokiem obowiązków. Rozdział nie był sprawdzany, jednak mam nadzieję, że choć w małym stopniu Wam się spodoba. =)
A teraz módlcie się za mnie, żebym przeżyła swój pierwszy lot samolotem do Pekinu haha Boże sram w gacie...

Mel
--//--






środa, 12 sierpnia 2015

prologue

17 komentarzy:
Trochu tu przekleństw i brutalności. Tak tylko ostrzegam.
AMBITION
--------------------------------------------------------------------------------
  Rozbite szkło chrzęściło mu pod podeszwą butów, upodabniając się do dźwięku łamanych kości, który był mu nader dobrze znany. Charakterystyczne gruchotanie i rozbijanie części na mniejsze szkiełka, z łatwością wbijające się w ludzką skórę, wywołując niewyobrażalny ból. Niczym małe pasożyty, które osobno ciężej znaleźć niż stadko. Niczym mikroskopijna, pojedyncza komórka wirusa. Niekiedy potrafi wyrządzić więcej szkód niż najniebezpieczniejsza machina wojenna. Cały świat się już o tym przekonał. Skutki zabójczego dzieła i przełomu w nauce, odczuła ludzkość na własnej skórze.
  To wszystkich zgubiło.
  Ambicja.
  Ambicja w nadmiernej ilości jest niezwykle szkodliwa. Zapamiętaj raz na zawsze nim sam doprowadzisz do podobnej tragedii. Popełnisz niewyobrażalny błąd. Zdominujesz świat, jednocześnie go niszcząc. Siebie samego również. Żądza władzy eksploduje w tobie. Zniszczysz wszystko i wszystkich na swojej drodze. Dopiero Twoja śmierć będzie wybawieniem. O tak, będą świętować Twój zgon. Popiją, zabalują i będą starać się wykopać to, co z gruzów zostało. Myślałeś, że zostaniesz bohaterem? Gówno prawda. Bohaterstwo to nie prowadzenie wojny, a jej zapobiegnięcie. Nie podołałeś. Twoje kości zostały pogrzebane w ziemi. Ale przedtem zapłacisz. Solidnie. Dopilnuję tego. Tak jak ta banda upierdliwych naukowców. Na własnym zdrowiu, bo pieniądze już dawno odeszły w zapomnienie. Posiadają je tylko najszlachetniejsi, w tym Liga Dwunastu. Sam zdążył już nawet zapomnieć jak wygląda zwykły, mały bilon. Zresztą nie było i tak co kupować. Sklepy były pozamykane, w tym wieku plemiona napadały na ciężarówki z żywnością. Co upolujesz, to zjesz, zjesz, a przeżyjesz. Pierwotna zasada. Narodziło się też mnóstwo kanibali. Zjadają tych, którzy polegli. Zmarli z głodu. Dostali kulkę prosto w łeb. Nikt nie doznał bohaterskiej śmierci.
  Dźwięki wpasowywały się w notoryczne kapanie pozostałości chemikalii w rozbitych probówkach. Poza tym panowała cisza, do jakiej nie przywykł. Ten bezdźwięk zwiastujący początek końca. Kompletna pustka, która wręcz w niego wnikała, wywołując eksplozję neuronów i tworząc w jego głowie stan wyczekiwania na jakiekolwiek odgłosy. W rezultacie powstał szum, podobny do tego pisku, gdy włącza się jeden ze starszych telewizorów. Denerwujący. Irytujący. Wkurwiający. Rozmasował sobie skronie, chcąc pozbyć się pulsującego bólu. Towarzyszyła mu tylko cisza, ale nie oczekiwał innych kompanów. Chciał być sam. Niewidzialna materia zdawała się formować w jakąś postać w rogu pomieszczenia. Bezkształtną, ale dającą odczucie o czyjejś obecności. Jakby uzbierał się tam rój niewidzialnych dla oka bakterii. Jakby stale go obserwował. Brak jakichkolwiek hałasów wprawiał jego ciało w stan przygotowania do odparcia ataku. Mięśnie automatycznie się naprężały, kroki stawały się ostrożniejsze, wzrok biegał od jednej maszyny do drugiej, dla pewności zahaczając o wszelkie zakamarki, w których ktoś mógł czyhać z karabinem. Nie zdziwiłby się, gdyby tak rzeczywiście było. Naruszył państwowy teren. Powinni go ścigać. Powinni go kurwa dorwać, powalić na podłogę i odebrać mu życie. W reszcie czułby to, co czuła cała jego rodzina. Wręcz czekał na ten pieprzony strzał, który wypełniłby tę przeklętą ciszę. Szedł dalej, z nogami lekko ugiętymi, a rękoma ostrożnie rozstawionymi po bokach. W razie czego mógł chwycić jeden ze skalpeli na biurku, wbijając go w napastnika. Nim umrze musi dokończyć swoją misję. Spełnić swoje powołanie. Jedyną rzecz, która przywróci mu honor.
   Kuśtykając dalej, zatrzymał się przy odłamkach lustra. Patrząc na siebie, na cień człowieka, którym dawniej był, chciało mu się śmiać jednym z tych niepohamowanych śmiechów, mających za zadanie wyrzucenie wszelkiego kotła emocji i żalu, jaki mu pozostał. Wielki Charles Bourdanle, niespełniony lekarz, z przymusu życia zaciągnięty do wojska. Beznamiętny tyran. Straceniec. Ten, który chciał dobrze, a wyszło jak zwykle. Kroczył przez życie i przypadkiem wszystko spierdolił. Zdrajca Rady Dwunastu. Dziwkarz. Ten bez rodziny. Ten, który stracił wszystkich w wybuchu. Ten, który owinął pozostałości swojego serca zimnym, stalowym drutem, a klucz pogrzebał głęboko w ziemi. Ten nieudolny, bo stracił nogę na wojnie. Czy jak go tam ludzie nazywali za plecami. Myśleli, że nie słyszy? Że bomba wylądowała na tyle blisko niego, powodując eksplozję błony bębenkowej? No to się kurwa mylicie, drodzy państwo. Wszystko słyszał. Każdą obelgę. Marne opowiastki na jego temat. Przynajmniej jakoś przejdzie do historii. Ze złym mieniem, ale zawsze coś.
   Chodził, ba! Przechadzał się dumny jak paw, jak król po swojej najwspanialszej sali balowej. Wprawdzie zamiast okien były zniszczone maszyny, kolumny stanowiły porozbijane kamienie, a ludzi zastąpiono ich imitacją w postaci robotów. Za nim ciągnęła się peleryna nieszczęść, na jego przerzedzonej siwizną głowie spoczywała niewidzialna korona kłopotów, a w ręku trzymał wyimaginowane berło zagłady. Może i miał swoje lata, ale nadal potrafił porządnie skopać dupę. Rozglądnął się, robiąc dość taneczny krok. Laboratorium samo na siebie sprowadziło zagładę. Każdy musiał zapłacić za tą tragedię. Powywracane krzesła, porozrzucane dokumenty, podarte akta stanowiły idealny dowód, że zwijali się stąd w pośpiechu. Istny chaos. Całkowicie niepodobne do tego wręcz odświętnego miejsca, gdzie zawsze chodzono w maskach, gumowych rękawicach i śnieżnobiałych kitlach. Wszyscy ludzie wykazywali swoją pedantyczność w nawet najmniejszym włosku na ich głowach. A teraz... To miejsce było niczym wyjęte z horroru. Nie tego tandetnego, który od razu przyszedł Ci na myśl. Tego, gdzie żarówka dogasa, wywołując stałe bzyczenie. Tego, gdzie wszystko wydaje się kompletnie opuszczone. Myślisz, że jesteś bezpieczny? Nic bardziej mylnego. Kiedy Twoje ciało ogarnie błogi spokój, Twoje mięśnie się odprężą, wypuszczasz powietrze z ulgą, coś atakuje. Nie wiesz co, kto, jak wygląda. Stanowi jedynie rozmazany kształt, a wyobraźnia podsuwa Ci twoje najstraszliwsze lęki, przywołując na Twoją skórę niepożądany dreszcz. Węzeł ciasno zaciska się na Twoim żołądku, wywołując wymioty. Wypluwasz z siebie strach, odór temu towarzyszący drażni Ci drogi oddechowe, a posmak żółci na języku nie należy do najprzyjemniejszych. Nie ma sensu stawiać opór. Mimo że jeszcze nie zginąłeś i tak już nie żyjesz. Wszyscy tu są martwi w środku. Śmierć jest błogosławieństwem. Prawie nikt nie wierzy w miłość, w lepszy świat. Ludzie nie chcą już się rozmnażać. Bo po co? Aby patrzeć jak ich dzieci żyją w tym całym gównie? Takie prymitywne uczucie jak miłość czy nadzieja zastąpiła walka o przetrwanie. Uruchomili swoje pierwotne instynkty, a wszelka humanitarność poszła w zapomnienie. Prawie. A przynajmniej trzymały go w tym przekonaniu resztki nadziei.
   W końcu dotarł do podłużnego stołu. Oparł się o niego, wpatrując się w pulpit wbudowanego komputera. Uniósł dłoń i szybkimi ruchami zaczął przeszukiwać foldery, kasując dane. Nikt nie ujrzy już wyników badań. Na niszczycielskiego Virusa J8N24 nie ma lekarstwa. Antidotum nie istnieje. Nie użyją już zebranych informacji, aby jeszcze bardziej się pogrążyć. Nadeszła ta chwila, gdy trzeba porzucić nadzieję i oddać się szarej rzeczywistości. Prawdziwy sługa chaosu. 
   Jego palce zręcznie przesuwały się po ekranie, wtrącając wszystko do kosza. Akta, raporty, domniemane, ale niespełnione, cele. Widząc osobę, wyświetlającą się przed nim na hologramie, rozdziawił usta z zaskoczenia. Największe zdziwienie wywołała dopiska, małym druczkiem pod zdjęciem ładnej dziewczyny. "Cel: przywrócenie zdrowia. Odporna". Zmarszczył brwi. Co to miało oznaczać? Czyżby kolejna, ostatnia nadzieja ludzkości na zbawienie? Wcześniej też byli potencjalni odporni, których nie zaatakowała choroba, ale okazali się mitem. To zapewne też, ale czuł jak coś w nim zakiełkowało.
   Błogie uczucie przerwały głośne kroki. Były niczym nadbiegające stado byków. Z początku odległe, jak burzowa chmura, a gdy się zbliżało stanowiło istny odgłos materiału wybuchowego. W pocie czoła szybko usuwał informacje, słyszał już strażników w korytarzu. Cholera. Musiał aktywować jakiś alarm czy Bóg wie co. Przez głowę przeszła mu myśl czy Bóg nadal istnieje. Bardzo odpowiednie do sytuacji. Brawo mózgu. Kolejny raz dzięki ci za twą niezwykłą błyskotliwość. Postaraj się uratować mi dupę, a nie kwestionujesz największe zagadki świata. Potem. Gdy legniesz na kanapie. Teraz się skup. Szybciej, nim...
   - Odejdź od biurka z rękami uniesionymi nad głową. Jesteśmy uzbrojeni - poinformował go stanowczy głos.
   Powoli uniósł ręce, obracając się w równie ślimaczym tempie. Nie śpieszyło mu się na drugą stronę. Chciał się z nimi podroczyć i usunąć jak najwięcej danych. Jego ostatnia misja, Przed nim stała kobieta z wyciągniętym pistoletem, a obok niej mężczyzna, prawdziwe chuchro, nie strażnik. Przeciwnicy niezbyt godni, ale najwidoczniej wszyscy lepsi są na froncie. Ubrani w specjalistyczne kostiumy, jedynie twarz nie była osłonięta żadnym żelastwem.
   - Powiedz co uczyniłeś, a nie zrobimy ci krzywdy.
   Na jej słowa Charles wybuchnął głośnym śmiechem. Nie mógł się powstrzymać. A chciał? Jego klatka piersiowa podskakiwała radośnie jak nigdy w życiu. Przyjemne łaskotanie, dziwna błogość i euforia towarzyszyła temu gestowi. Niemniej miło było patrzeć na ich zdezorientowane lica.
   - Skarbie, jeśli kłamca mówi prawdę, to nadchodzi koniec świata. To po pierwsze. Po drugie myślisz, że tym marnym pistolecikiem zrobisz mi większą krzywdę? - opuścił ręce, obrzucając ich pogardliwym spojrzeniem.
   Strażnicy wyglądali na poirytowanych. Widać było, że przewodzi kobieta, jej towarzysz ślepo wypełniał jej rozkazy i trzymał się cicho. Przyciągał jego uwagę. Na pierwszy rzut oka, skrywał w sobie jakiś sekret albo sam go stanowił. A to zagadka.
  - Szkoda, że na wojnie nie straciłeś języka zamiast nogi. Świat by na tym skorzystał, żołnierzu Bourdanle. - Wydęła usta, poprawiając w dłoniach pistolet. Zerknęła na pulpit, znajdujący się za byłym obrońcom kraju. - Myślałeś, że usuwanie danych z naszego serwera ujdzie ci na sucho?
   Uniósł ręce w obronnym geście, z sarkastycznym uśmieszkiem na twarzy.
   - Rozgryzłaś mnie.
   Stali przez chwilę w ciszy, lustrując siebie wzrokiem. Nikt nie śmiał się teraz odezwać. W ich głowach zapewne powstawał plan rozprawienia się ze zdrajcą. W końcu wyniki badań powinny być dokładnie strzeżone. Zeszli z warty. Jak się go pozbędą, to zostanie im ciało do wytłumaczenia. Puszczą go wolno, kamery i tak wszystko zarejestrują, choć wcześniej ich unikał. Teraz okazały się jego sojusznikiem, ale nadal nie miał zamiaru pokazywać im swojej gęby. Niech pozostanie zwykłą, ludzką sylwetką. Sytuacja pod każdym kątem działała na ich niekorzyść. Takie małolaty nie powinny przywdziewać munduru, który kiedyś był chlubą.
   - Strzelisz w końcu czy nie? - zapytał poirytowany. Niech w końcu się zdecydują. W wojsku nie mogą się wahać. Ktoś może wykorzystać to na ich niekorzyść. Muszą szybko myśleć. Następnym razem nie trafią na tak poczciwego człowieka w średnik wieku, który i tak zamierzał porządnie przetrzepać im skórę. Życiowa lekcja. Nie będzie czekał wiecznie na ich decyzję, zaraz sam zabierze się do ataku.
   - Spieszy ci się gdzieś? - kobieta warknęła, nadal trzymając go na muszce.
   - Czekają na mnie po drugiej stronie. Słyszę jak dobijają się do moich drzwi.
   Strażnicy wymienili zaniepokojone spojrzenia. Uznawali go za szaleńca? Straceńca zdrowych zmysłów po III wojnie światowej? Kolejna korzyść dla niego. Musiał poznać ich słabości, a jak na razie wyprowadzał ich w pole. Kobieta łatwo się denerwowała, jej ciosy zapewne będą chaotyczne. Patrząc na pewny siebie chwyt, nie raz strzelała ze spluwy. A chłopak... Wyglądał na nowego w szeregach. Charles powinien powalić go jednym palcem.
   - Kto? Bóg? Jezus? Aniołowie? - zapytała, nieco opuszczając pistolet. Starała się zbadać grunt, logiczne.
  Charles posłał w jej stronę szeroki uśmiech, który pasowałby do ich wyobrażenia o jego szaleństwie.
   - Bóg? Aniołowie? Za kogo ty mnie masz? - rzucił, marszcząc brwi. Podszedł trochę bliżej, znowu pobudzając ich czujność, ale udawał, że czegoś nasłuchuje. - Złotko, po mnie przyszedł sam Lucyfer. Ciebie też z chęcią zgarnie.
  Nie dając im czasu na reakcję, rzucił się w stronę kobiety, uderzając ją pięścią w skroń. Szybko i skutecznie. Marnie się broniła. Czego oni teraz w tych szkołach wojskowych uczą... Godne politowania. Drobna strużka krwi, wywołana silnym ciosem, spłynęła po jej porcelanowej cerze, mieszając się z krótkimi, ciemnymi włosami. Zacisnęła zęby, nacierając na niego. Wymierzyła serię szybkich kopnięć, a potem strzeliła, na swoje nieszczęście pudłując, ale alarmując ludzi, jeśli jacyś jeszcze przebywali w starym laboratorium. Charles zacisnął swoje pięści, a paznokcie boleśnie wbijały się w jego skórę. Dość tych dziecięcych igraszek. Kopnął ją w brzuch, jedyny nieosłonięty kośćmi organ. Ciężko było mu się utrzymać na drewnianym kikucie, zastępującym jego nogę, ale dał radę. Tylko lekko się zawahał. Patrzył jak kobieta zgina się w pół, a potem z kolejnym, stanowczym kopnięciem ląduje na ziemi. Przytomna, jednak zbyt obolała, aby się na chwilę teraźniejszą ruszyć. Uśmiechnął się złowieszczo na ten widok. Zwykle nie czerpał satysfakcji z oglądania pokonanej kobiety, ale teraz, na tle białej podłogi, wyglądała niczym wyjęta z obrazka. Hełm leżał obok niej, ukazując jej urodę w pełnej krasie. Delikatne rysy, zimne spojrzenie, haczykowaty nos. Całkiem ładna, ale gustował w blondynkach.. Najbardziej w swojej żonie, którą wybuch zmiótł z powierzchni Ziemi paręnaście lat temu. Czerwone usta miała rozdziawione, wydobywał się z nich ciche jęki, stęknięcia i syknięcia. Ręce bezwładnie opadły przy jej tułowiu, a pistolet poleciał gdzieś pod ścianę. Wyglądała na całkowicie bezbronną i niewinną. Nic bardziej mylnego. Skoro o niepozorności mowa, gdzie do cholery jasnej znajdował się jej pachołek?
  Obrócił się przez plecy, co stanowiło największy błąd w jego życiu. Stanął twarzą w twarz ze śmiercią. Swoim odwiecznym wrogiem, który ścigał go przez całe życie i chuchał mu kark. A teraz po prostu wyszedł mu naprzeciw. Jakby od dawna czaił się na niego w tym miejscu. Jakby stanowił część jego przeznaczenia. Jakby był tym niepozorny mężczyzną, który pierwszy znalazł spluwę i wystrzelił. Może i tak było. Pocisk znalazł się w klatce piersiowej Charlesa. Jego koszula zaczęła przywdziewać czerwoną barwę. Wszystko działo się tak szybko. Osunął się na kolana, uciskając ranę. Od dawna wyobrażał sobie swoją śmierć. Okoliczności były bohaterskie, poświęcał swoje życie za kogoś, kogo kochał, za większy cel. A teraz będzie gnił w jakimś kanale, do którego pewnie go wrzucą. Na grób nie miał co liczyć. Całe życie momentalnie zaczęło przewijać się przez jego myśli, jak niekończąca się taśma filmowa. Widział dawno zapomnianą zieleń trawy, drzew, zwierzęta buszujące na dworze. Oddzielne kontynenty, a nie jeden wielki. Tolerancję, pokój na świecie. Brak wojny. Potem marzenia o pomaganiu ludziom, o zostaniu lekarzem. Wcielenie do wojska. Pierwszą zabitą osobę. Swoją żonę i córeczkę, które zdawały się stać tuż przed nim. Widząc delikatny wyraz twarzy na pięknym licu ukochanej kobiety, miłość w jej szarych oczach, kręcone włosy, opadające na łopatki, zrobiło mu się cieplej na odłamkach jego serca. Trzymała za rękę małą sześciolatkę w dwóch kucykach. Wykapana matka. Zamrugał, a pojedyncza łza spłynęła po jego policzku. Tak za nimi tęsknił. Tak kurwa za nimi przeraźliwie tęsknił. Nie dało się tego opisać w słowach, jedynie w wartości jednej łzy człowieka, pozbawionego uczuć, które odżywały na sam ich widok.
   - Suzette... - Nabrał powietrza do klatki piersiowej, wyciągając w jej stronę rękę. Chciał poczuć pod szorstkimi dłońmi jej delikatną skórę. Wziąć głęboki wdech, zabierając do płuc jej słodki zapach fiołków wymieszanych z makiem.
   Blondynka przyłożyła palec wskazujący do ust, każąc mu zachować milczenie. Ujęła jego dłoń i kucnęła przy nim. Kciukiem pokrzepiająco wodziła na wierzchu jego dłoni. Żyła. Była tu. Z nim. Pochyliła się nad nim. Jej włosy delikatnie drażniły jego policzek. Uniósł prawy kącik ust do góry. Uwielbiał to. W jej oczach pełnych smutku nagromadziły się łzy. Jego córka uważnie się temu przyglądała, ściskając w malutkich dłoniach pluszowego misia.
   - Masz żyć. Dla nas. Rozumiesz, Charlie? Wracaj. Masz żyć. Nie poddawaj się. Walcz - powiedziała łamiącym się głosem. Była tak delikatna jak aksamit ocierający się o skórę. Parę łez spłynęło po jej policzku. Przyłożył do niego rękę, ocierając je i przywołując na jej usta delikatny, aczkolwiek smutny uśmiech. Nie chciał widzieć jej w takim stanie. Pokręcił delikatnie głową.
   - Nie chcę.  Nie bez ciebie. Nie w świecie, gdzie nagrodą jest śmierć, gdzie umierają anioły. Poddaję się. - Odwzajemnił jej smutny uśmiech, ściskając jej dłoń.
   - Mamusiu? Czy z tatusiem wszystko w porządku? - rozbrzmiał dziecięcy głosik. Sześciolatka spojrzała na krew na jego koszuli. - Tatuś jadł parówkę z ketchupem i się pobrudził? Przynieść serwetki?
   Rozbrzmiał śmiech, tylko Felicity pozostała całkowicie poważna. Jej "Pan Miś" również. Po chwili Charles kaszlnął, a z kącików jego ust spłynęła strużka krwi. Nie chciał umierać. Nie, gdy one znajdowały się obok. A może już umarł? Tak właśnie wyglądało niebo? Myślał, że znajdzie się w piekle.
   - Zaraz będzie po wszystkim. Zamknij oczy, Charlie - powiedziała niemal pieszczotliwie, ale smutek nie zniknął z jej oczu. Wykonał jej polecenie. Poczuł jej ciepłe wargi na jego ustach, delikatnie je muskając. Cały ból, cierpienie w jednej minucie zniknęło. Prysło jak bańka mydlana. Uniósł delikatnie powieki. Obie blondynki stały nad nim, wyciągając w jego stronę ręce. Ostrożnie wstał, ale nie zauważył już czerwonej plamy na koszuli. Chwycił je za dłonie, uśmiechając się szczerze, pierwszy raz od wielu lat.
   Zaczęli zmierzać przed siebie, zostawiając za sobą okrutny świat i idąc ku lepszej erze. Pozostało im się tylko modlić za żyjące anioły, które wkrótce do nich dołączą.


---------------------------------- Od Autorek ----------------------------------
Herbsss:
Tak więc wreszcie został ukończony długo wyczekiwany prolog, który głównie został napisany przez Mel. ;) Ja teraz koncentruję się na rozdziale pierwszym, który tu opublikujemy. ;* Życzę Wam miłego czytania i mam nadzieję, że obie podołamy Waszym oczekiwaniom, a każdy z Was zostanie wprowadzony w wykreowany przez nas świat przyszłości, który "kto wie?" może kiedyś nadejdzie. 'v' 

Mel
Mam nadzieję, że Was nie zawiodłam! Jakościowo nie jest chyba tak źle, mam nadzieję, że zanadto nie lałam wody. Tak tematyka to dla mnie dość wysoka poprzeczka, gdyż jestem bardziej obyta w fantastyce, ale myślę, że dam sobie radę z science-fiction. W każdym razie, każdy komentarz naprawdę mocno motywuje i nie pogardzę radami jak jeszcze to ulepszyć. Miłego czytania :)

sobota, 18 lipca 2015

Zapowiedź

2 komentarze:
Już od XX wieku naukowcy starali się znaleźć lek na przekleństwo nowego świata, które z pokolenia na pokolenie rosło w siły, stając się niemal nieuleczalnym przypadkiem medycznym. Amerykańscy naukowcy chcąc powstrzymać rozprzestrzenianie się tej zarazy, pracowali nad lekiem, który na zawsze miał zmieść ją z powierzchni ziemi. Jednak nikt nie przewidział tego, co może się stać gdy komórki antygenów "przypadkiem" wydostaną się z rąk naukowców...

Niedopracowane.

Nieudoskonalone.

Niebezpieczne.

Stały się zagładą ludzkości.

niedziela, 14 czerwca 2015

Zaproszenie

2 komentarze:
                           Alparters  21.05.2517 r.
Drogi Obywatelu,
 Rada Dwunastu przeanalizowała wyniki Twoich ostatnich badań, stwierdzając prawdopodobieństwo nosicielstwa wirusa J8N24 rozpoznawalnego także pod nazwą DEMIS. 
 Prosimy o niezwłoczne zgłoszenie się na kolejny etap badań, który pozwoli nam określić rodzaj i stadium choroby. Należy jak najszybciej zgłosić się do instytucji "Virus" znajdując się na ulicy Google pod w budynku www.virus-j8n24.blogspot.com. Za nie wykonanie poleceń zawartych w tym liście grozi kara śmierci z zarzutem znieważenia majestatu oraz narażenia na kontakt z wirusem obywateli naszego kraju.




                                      Z poważaniem,
                     Przedstawiciel Rady Dwunastu

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

New beginning

8 komentarzy:
Hellou. My Friends.
Mam dla was dwie wiadomości:
a) Zacznijmy od złych rzeczy... TA DA DAAAAA... Usuwam wszystkie posty.
ALEEEEEE...
b) Jest i dobra wiadomość: Będę pisać z moją kochaną przyjaciółką SŁONNY aka Mel nową historię. Niedługo pojawi się prolog i zakładki.
Wszystko będzie zapięte na ostatni guzik, a rozdziały regularne.
Mel jest na wielu grupowcach i świetnie pisze. Tak wiec pojawimy się kiedy będziemy miały przynajmniej dwa rozdziały do przodu. :)
Bajoooo...♡

Kwarc (Merc) & Sonny (Mel)

Obserwatorzy